Polski | English | Deutsch
Dorota UrbańskaUkłon

O KONIACH

Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego strony wielu jeźdźców mają tak zdawkowo - lub nawet wcale - potraktowany ten najważniejszy z tematów, czyli konie. Poniżej przedstawię Wam kilka z tych koni, z którymi miałam przyjemność pracować i które szczególnie zapadły mi w pamięć. I nie będzie to opowieść o przychodzących z czasem sukcesach, ale raczej zbiór anegdotek przestawiających tak różne z charakteru końskie osobowości oraz nasze wspólne przygody. Posłuchajcie zatem..
  • Intruz, czyli siwy Skarb
    • Intruz
      Z Intruzem, a tak naprawdę ze Skarbem, po raz pierwszy zetknęłam się zupełnie przypadkowo. Gdy pojechałam do Falent, do klubu KJ Milord, miałam zajmować się całkiem innym koniem. Jednak przechodząc przez stajnię, gdy tylko wypatrzyłam duży, już mocno bielejący łeb, o wielkich i niesamowicie myślących oczach, nie mogłam się już od niego oderwać.

      Pamiętam, że pomyślałam wtedy "O, siwy! Nigdy nie miałam siwego. Ciekawe jak to wygląda z góry, jak się siedzi nad taką białą dużą szyją. No i ma się przed sobą MNÓSTWO GRZYWY???"

      No i zobaczyłam.

      Ze Skarbem mam mnóstwo wspaniałych wspomnień.

      Ale zacznę od grzywy. A Skarb miał grzywę godną Andaluza i z upodobaniem potrząsał nią ku mojej i otoczenia uciesze. Ale jak tu jeździć z takim kołtunem na zawody?

      Jak zaplatać? Rozpoczęłam heroiczną walkę z P. Krzysztofem - właścicielem Skarba - o "usportowienie" jego pupila. Niestety moje wysiłki dawały mierny efekt. Mordowałam się okrutnie na każdej jeździe i zsiadałam z kilogramem włosów oplatających mi dłonie.

      Pewnego razu po zawodach, na których zaliczyliśmy 6 ciężkich startów, w ramach odpoczynku, postanowiłam zaproponować Mojemu Skarbowi relaksujący spacer po okolicznych polach. Miał zgoła inne wyobrażenie o przechadzce i ruszył ze mną dzikim pędem przed siebie. Moje zmęczenie nagle ze zdwojoną siłą dało znać o sobie i gdyby nie ów grzywa pędziwiatra, w którą silnie się wczepiłam, to niewielkie miałabym szanse powrócić z wycieczki na grzbiecie konia, a nie na własnych nogach. Od tamtej pory bujna grzywa stała się atutem mojego rumaka, a gdy występował pięknie zapleciony i kłusował charakterystycznie dla barokowych koni - my czule nazywaliśmy go "NASZYM ANDALUZEM".

      schowaj okienko
    • Skarb i krowy
      Pewnego dnia wybrałam się ze Skarbem na przejażdżkę w teren. Otaczały nas pola i stawy, więc w poszukiwaniu nowych dróg zapuściliśmy się w mniej znane nam ścieżki.

      Wyjechałam na łąkę i rozkoszując się widokami i pogodą bezkarnie deptałam trawę. Okazało się, że łąka kończy się nagle - otoczona jest z 3 stron wodą. Gdy zarządziłam odwrót trasą, którą przyjechałam, nagle mój Skarb zaczął się niepokoić. Zaraz zauważyłam przyczynę zdenerwowania Intruza. Naprzeciwko nas stała krowa i bezmyślnie, acz z pewnym zainteresowaniem - a może zdziwieniem? - przyglądała się nam. Rozejrzałam się więc dalej. Druga krowa, trzecia i kolejna... Kiedy tylko poczuły siłę grupy, odważyły się przyjrzeć z bliska białemu obiektowi stojącemu jak słup soli na środku ICH pastwiska. Ruszyły ku nam. A ja czułam jak w moim ogierze rośnie panika i coraz większa chęć ucieczki. Ale jak uciekać, skoro woda wokół, a krów z sekundy na sekundę przybywa nie wiadomo skąd!

      Gdy sytuacja stawała się bez wyjścia, postanowiłam, że ostatnią deską ratunku będzie szarża na te krówska. I z dzikim okrzykiem na ustach, wymachując batem nad swoją i Skarba głową zaatakowałam łaciate stworzenia. Siwy wpierw zbaraniał, jednak szybko odzyskał zimną krew wojownika i nie przejmując się zanadto moimi wyczynami bojowo naparł na krowy.

      Nasze poczynania lekko speszyły łaciate i dzięki temu, skacząc przez jakieś płoty i rowki, powoli przedzieraliśmy się w obranym kierunku.

      Na końcu stada napotkałam trzech rowerzystów. I na moje pytanie:

      - Ile tych krów tutaj?

      Usłyszałam:

      - A ze 120 będzie, Pani.

      schowaj okienko
  • GiGi, mały wzrostem, wielki duchem
    • GiGi, kurs instruktorski
      Na kurs instruktorów pojechały ze mną 3 konie. Na pierwszy trening, chcąc pokazać się z jak najlepszej strony, bez chwili wahania wybrałam GiGiego. Jaka była uciecha moich współkursantów, gdy jeszcze nie zdążyłam odjechać 10 metrów od stajni, jak już rozcierałam bolące miejsca po upadku na przedstajenny asfalt.

      GiGi częstował mnie ziemią regularnie i w najmniej spodziewanych momentach.

      Jednak wynagradzał mi każdy wybryk rewelacyjną współpracą na treningach. Wprost czytał w moich myślach.

      Największym komplementem obdarzono mnie na ostatnim treningu tegoż samego kursu. Wszyscy w grupie na swoich rumakach otoczyliśmy trenera Wojciecha Mickunasa i pokornie wysłuchiwaliśmy zaleceń i zadań dla swojego konia. Gdy doszedł do mnie usłyszałam:

      - A tutaj? Tutaj to nie trzeba nic zmieniać. Tak trzymać

      Wniosek: Warto czasem z konia spaść.:-))

      schowaj okienko
    • GiGi vel Presto
      To pierwszy konik, którego wybrałam, więc może dlatego stał się dla mnie tak wyjątkowy. Ale też wyjątkowa ilość kłopotów, jaką mi sprawiał spowodowała, że ma poczytne miejsce w moim sercu.

      Trafił do mnie jako 2,5-latek, - więc początki naszej znajomości to lonża, która trwała i trwała, bo zabroniono mi wsiadać na niego przed czempionatami. Jak się później okazało - słusznie.

      Samo zajeżdżanie poszło nadzwyczaj gładko, bo już na piątej lekcji płynnie poruszałam się na GiGim w trzech chodach - reakcje na głos podczas 3-miesięcznej lonży miał opanowane do perfekcji. A i zaufanie też zdążyłam sobie u niego zdobyć. I może ten fakt zamaskował olbrzymiego cykora tkwiącego w Presto - o czym wielokrotnie w późniejszym czasie miałam się przekonać..

      Po 5 wspólnych lekcjach jazdy postanowiłam wybrać się z hali na krótki spacer za koniem - I to był błąd, za które słono przyszło mi zapłacić. Ledwo wyszliśmy, a mały Gigi ruszył przed siebie z taką prędkością, że gdy tylko domyśliłam się celu jego ucieczki - a mianowicie małej betonowej stajenki - czym prędzej zarządziłam natychmiastową ewakuację z pędzącego grzbietu. Raz tylko rozmyślnie "spadałam" z konia i raz jedyny złamałam nogę. Problem gotowy - 6 tygodni w gipsie.

      GiGi tak przeraził się moim upadkiem, że zapewne poprzysiągł sobie, że nikt więcej już go nie dosiądzie. I uparcie realizował ten plan.

      Pierwsza próba, druga, trzecia. Nie ma mowy, żeby wsiąść na konia, który na widok nogi uniesionej do strzemienia pędzi już zastraszającym tempem. Plus dwie osoby trzymające za lonżę, kóre nie nie mają szans jej utrzymać. Katastrofa.

      Dopiero pomoc kaskadera przyniosła jako taki rezultat. "Nowe" zajeżdżanie trwało 3 miesiące - i to najzimniejsze w roku. Pogoda nam nie sprzyjała. Na dodatek jedynie godzina 6-7 rano wchodziła w grę - bo nasze próby na hali pełnej ludzi i koni mogłaby skończyć się tragicznie.

      W końcu się udało i zatarliśmy przerażające wspomnienia.

      Jednak jeszcze rok później nie można było zdjąć z siebie czy też założyć kamizelki, kurtki lub innego nakrycia siedząc na GiGim.

      Wspomnienia sfruwającego z grzbietu przedmiotu szybko wracały.

      schowaj okienko
  • Inne historie
    • I znów kowal źle mojego konia podkuł. A mówiłam mu jak ma to zrobić!
      Dwa lata temu dostałam od mojego przyjaciela nietypowy prezent urodzinowy - 4-dniowy kurs podkuwnictwa w Jaszkowie u Pana Antoniego Chłapowskiego.

      Cóż, pomyślałam wówczas, jadę na urocze wakacje, a przy okazji dowiem się jak kopyto powinno wyglądać, a jak nie - przecież przez 4 dni kuć mnie tam nie nauczą.

      Zabrałam zatem ładną marynarkę i apaszkę - i pojechaliśmy. Następnego dnia zaczęło się miło - wykładem o tym, jak kopyto jest zbudowane (nota bene - to tutaj po raz pierwszy zrozumiałam, jak skomplikowaną konstrukcję anatomiczną ma koński paznokieć i jaką pełni rolę - mimo 6-letnich studiów weterynaryjnych moim profesorom nie udało się tak dobrze podzielić ze mną wiedzą). Kurs ciekawy - doskonałe materiały pomocnicze, sprzęt, fachowe nazewnictwo.

      Jakież było moje zdziwienie, gdy po 1,5 godzinnej prelekcji Pan Antoni zarządził: - Przebieramy się i za 15 minut zbiórka w celu skompletowania narzędzi!

      Jakie narzędzia?!! Po co?! Ja tu na wakacje przyjechałam!!!

      Trzymam nóż kopytowy w dłoni, tarnik, tasak, młotek i stoję przerażona nad stertą końskich nóg z rzeźni do wywerkowania. Patrzę wokół - wszyscy kursanci z podobnymi minami niepewnie biorą pierwsze nogi i ostrożnie zaczynają je obrabiać. Pokazano nam przecież już niby jak, a teraz mamy to zrobić samemu. Mija godzina, idzie druga, a ja w okrutnej pozycji dłubie pierwsze kopytko. Jak to wolno idzie! A jak trudno! Na dodatek czuję już bąble rosnące na palcach. Co chwila okazuję się, że nóż poszedł za głęboko i właśnie "okulawiłam" swoje kopytko!

      Inni też jęczą ze zmęczenia, a co poniektórzy zrezygnowali całkiem z walki.

      Powiem tyle, że pod koniec drugiego dnia, mając na koncie 8 kopyt (to przecież tylko 2 konie!!!), błagałam pana Antoniego, by użyczył mi jakiegokolwiek rumaka do poanglezowania. Bynajmniej nie dlatego, że nudziłam się tutaj, ale miałam bolesną świadomość, że jak się trochę nie poruszam, to następnego dnia nie wstanę z łóżka i już.

      Trzeciego dnia kursu, ku mojemu zdziwieniu, okazało się, że mamy męczyć żywe stworzenia. Mnie przypadł niejaki Parys. Szukam i szukam konia o wskazanym imieniu po czterech stajniach. Jest, znalazłam!

      Ale, jejku - to jest pony i ledwo sięga mi do pasa! Już prawie chciałam iść po moje własne cążki do paznokci - bo jak tu operować tasakiem i młotkiem na kopytku mniejszym od mojej dłoni. Nagle też pojawił się kolejny problem - mimo moich niewielkich rozmiarów nie byłam w stanie chwycić między kolana nóżki kuca. A na klęczkach praca już całkiem nie szła. Przecież dzieci koni nie kują!!! Więc jak ci kowale to robią?

      Cały dzień prawie męczyłam potulne stworzenie - to mój 1 wywerkowany koń!:-) Duma mnie rozpierała. Ale ból w krzyżu, rękach nogach przybijał do ziemi...

      Ostatni dzień, wedle oczekiwań, przyniósł prawdziwe podkuwanie - przybijanie podkowiaków, zdejmowanie podków i tym podobne - szalenie przydatne czynności, bo komuż to nie odpadła podkowa w czasie zawodów. Cóż, szkoda, że to jednak nie takie łatwe, bo już nie martwiłabym się poszukiwaniem kowala podczas konkursu, tylko sama brała do ręki młotek i podkowiaka. Jednak muszę zdać się na specjalistę.

      Tym razem koń był już normalnych rozmiarów i podkuwanie przebiegło bez problemów :)

      Wakacje dobiegały końca. Z radością wracałam do moich 8 koni jeżdżonych w plus czy minus 30 stopniach. Ale jakże zmieniło się moje podejście do kowali! W jaki szacunek obrośli u mnie przez te 4 dni.
      Wszystkich mądrych, którzy tak lekko i bez skrupułów krytykują i pouczają kowali, wysłałabym na wakacje do Jaszkowa. A cała resztę na studia weterynaryjne. Spokornieliby. Na pewno ;)

      schowaj okienko